Letni list z domowego zakątka
Kochane,
lato właśnie się kończy. Jutro pierwszy dzień jesieni.
Piszę do Was w ten ostatni letni! Choć zimny wieczór i sama trochę nie mogę uwierzyć, że te wszystkie długie, jasne dni są już za nami. Jeszcze niedawno wieczorem nie chciało się wracać z ogrodu do domu, słońce długo zaglądało przez okna, a dzień zdawał się mieć znacznie więcej godzin.
Zanim więc otworzymy drzwi jesieni, chcę na chwilę zatrzymać nasze lato. Zebrać je jak bukiet z ogrodu — trochę kolorów, trochę zapachów, kilka smaków i całe naręcze wspomnień.
A czym pachniało to lato?
Pachniało ziemią. Nagrzaną słońcem, świeżo przekopaną, czasem wilgotną po wieczornym podlewaniu. Pachniało skoszoną trawą, kwiatami, ziołami i ogrodem rozgrzanym po całym letnim dniu.
Było to lato bardzo pracowite. Dużo działo się w domu, w ogrodzie i na działce. Sadzenie, przesadzanie, podlewanie, koszenie, porządkowanie… i oczywiście kolejne pomysły, które pojawiały się szybciej, niż udawało się zrealizować poprzednie.
Była ziemia pod paznokciami, zmęczone wieczorem ręce i plecy i ta ogromna satysfakcja, kiedy można było spojrzeć na coś, co jeszcze niedawno istniało tylko w naszej wyobraźni, a teraz rosło, kwitło i stawało się częścią naszego miejsca.
Były też zbiory ziemniaków. Naszych własnych. Zwyczajna rzecz, a ile potrafi sprawić radości! Ręce zanurzone w ziemi i kolejne ziemniaki trafiające do wiadra. Lubię takie chwile. Przypominają, że wiele dobrych rzeczy potrzebuje czasu, cierpliwości i odrobiny naszej pracy.
Lato pachniało też targiem.
Dojrzałymi pomidorami, malinami, śliwkami, morelami i całym tym bogactwem, które pojawia się tylko na kilka krótkich tygodni w roku.
Później te zapachy przenosiły się do domu.
Kuchnia wypełniała się owocami, garnkami i słoikami. Powstawały soki, przetwory i kolejne zapasy oraz wielki bałagan.
Lubię myśleć, że w każdym takim słoiku zamykamy odrobinę lata. Kiedy zimą go otworzymy, razem ze smakiem wróci może jakiś obraz, zapach albo wspomnienie ciepłego dnia. Cieszę się, że miałam na to czas.
A pomiędzy całą tą pracą były również chwile cudownego, beztroskiego lenistwa. Były to co prawda chwile, ale bardzo miłe.
Lemoniada wypita w ogrodzie. Dłuższy poranek. Chwila w słońcu. Zrywanie kwiatów do wazonu, podjadanie owoców prosto z krzaczka Wieczór, kiedy można było wreszcie odłożyć narzędzia i uznać, że na dzisiaj wystarczy, choć było to niełatwe.
Było to lato pełne spotkań.
Kiedy dzisiaj przeglądam zdjęcia z ostatnich miesięcy, widzę, że jednym z najpiękniejszych prezentów tego lata były spotkania.
Był ogród Basi.
Piękne letnie, kobiece przyjęcie pośród zieleni i ogromu kwiatów. Stół, pyszne, wymyślne jedzenie, rozmowy i śmiech. Czas płynął tam jakoś spokojniej. Można było siedzieć, rozmawiać, patrzeć na ogród i cieszyć się swoją obecnością.
Był otwarty ogród Agnieszki.
Można było spacerować, zaglądać w kolejne zakątki, podziwiać rośliny i ciekawe kompozycje. Oglądać, pytać, zachwycać się i oczywiście zbierać pomysły. Agnieszkę poznałam przez Instagram. Kiedy zobaczyłam, że zaprasza na dzień otwarty do swojego ogrodu, widziałam, że muszę tam pojechać. Dałam znać koleżankom i pojechałyśmy razem. Pojechałyśmy tylko zobaczyć, z wróciliśmy z głową pełną marzeń i pomysłów.
Było też rodzinne świętowanie urodzin.
Tort, stół ustawiony pod drzewami, najbliżsi i wspólny czas. Patrzę dziś na te fotografie i myślę, że właśnie takie chwile z biegiem lat nabierają największej wartości.
Było także kolejne spotkanie na działce.
Tym razem wspaniałe i bliskie memu sercu kobiety przyjechały do mnie.
Miejsce, w które wkładamy tyle pracy i serca, nagle wypełniło się ludźmi, rozmowami i śmiechem.
Pomyślałam wtedy, że chyba właśnie po to tworzymy nasze ogrody i działki, żeby któregoś dnia ustawić wśród zieleni stół. Żeby ktoś przy tym stole usiadł. Żeby delektował się jedzeniem, rozmawiał u był obecny.
Z działką wiąże się też jeden z moich ulubionych obrazów tego lata -Leoś malujący przy sztaludze.
Wokół drzewa i zieleń, i powstająca altana. Przed nim płótno, obok farby. Mały człowiek całkowicie pochłonięty swoim dziełem. Cudownie było go obserwować.
Patrzyłam na niego i pomyślałam, że właśnie takie dzieciństwo chciałabym zachować w jego wspomnieniach. Pełne kolorów, natury, swobody, twórczości i zwyczajnych chwil spędzonych razem.
Było też spotkanie u Ani.
Pięknie nakryty stół w ogrodzie ,ceramika z Bolesławca, letnie potrawy i smak, który szczególnie został mi w pamięci - sałatka ze świeżo wędzonym łososiem przywiezionym z Kątów Rybackich przez jedną z kobiet.
Uwielbiam takie wspomnienia. Czasami jeden smak albo zapach wystarczy, żeby po latach powrócił cały dzień - ludzie, rozmowy, miejsce i atmosfera.
Tak jak w zeszłym roku, były też Ogrody Kapias.
Kwiaty, kolory, kolejne ogrodowe zakątki i mnóstwo inspiracji. Zachwycaliśmy się roślinami i tył miejscem.
Kiedy zbieram te wszystkie spotkania razem, widzę te wszystkie kobiece spotkania: rozmowy o ogrodach, domu, dzieciach, codzienności, planach i marzeniach. Czasami poważne, czasami zupełnie lekkie. Takie, podczas których śmiech przerywa rozpoczętą historię i przez chwilę żadna z nas nie pamięta, od czego właściwie zaczęłyśmy.
Jak dobrze było pobyć razem.
Posłuchać siebie nawzajem. Zainspirować się. Zachwycić czyimś ogrodem. Podzielić się czymś swoim. Wracałam z tych spotkań z telefonem pełnym zdjęć, głową pełną pomysłów i sercem pełnym dobrych emocji.
Wieczorami lato pachniało chyba najpiękniej.
Rozgrzaną przez cały dzień ziemią. Wilgotną trawą po podlewaniu. Kwiatami. Pierwszym chłodem, który pojawiał się w powietrzu po upalnym dniu.
Pachniało spokojem.
Po całym dniu pracy można było wreszcie usiąść. Spojrzeć na ogród i już niczego nie poprawiać.
Po prostu pobyć.
Dzisiaj, w ostatni wieczór lata, patrzę na nasze zdjęcia.
Widzę rodzinę zgromadzoną przy stole. Tort. Wiadro świeżo wykopanych ziemniaków. Leosia przy sztaludze. Kwiaty. Ceramikę z Bolesławca. Stoły ustawione pośród zieleni. Ogrody, które odwiedziliśmy. Kobiety, z którymi mogłam dzielić te chwile.
I myślę sobie:
to było dobre lato.
Pracowite i twórcze. Pełne ziemi i kwiatów. Owoców i domowych przetworów. Zmęczenia po dobrze przeżytym dniu i chwil cudownego lenistwa.
A przede wszystkim pełne ludzi.
Bo chyba najbardziej ze wszystkiego to lato pachniało bliskością.
Rodzinnym świętowaniem. Dzieciństwem Leosia. Kobiecymi rozmowami. Herbatą przy wspólnym stole. Śmiechem dobiegającym z ogrodu. Chwilami, kiedy nigdzie nie trzeba było się spieszyć.
Jutro przyjdzie jesień
A wraz z pierwszym dniem jesieni w naszym domu przyjdzie jeszcze jeden szczególny dzień.
Urodziny naszego najstarszego syna. Już dwudzieste. Uwierzycie?
Dwadzieścia lat...
Czasem sama zastanawiam się, kiedy właściwie minęły. Przecież dopiero co był małym chłopcem, a dzisiaj rozpoczyna własne dorosłe życie.
Może właśnie takie dni najmocniej pokazują nam upływ czasu.
Zmieniają się pory roku. Dzieci dorastają. My się zmieniamy. Dom i ogród zmieniają się razem z nami. Jedne historie się kończą, a na ich miejscu zaczynają się następne.
I chyba dlatego jeszcze bardziej chcę zauważać te zwyczajne chwile.
Zatrzymywać je na fotografiach, w kilku zapisanych zdaniach, czasem w słoiku konfitur stojącym na półce.
Bo właśnie z nich powstaje nasze życie.
















































































Komentarze
Prześlij komentarz