Wiosenny list z domowego zakątka




Kochani,
Lato już za kilka dni. Mam nadzieję, że wraz z nim na dobre zagości piękna pogoda, ciepłe poranki i długie wieczory spędzane w ogrodzie. Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że zwyczajnie cieszę się tym, co jest. Może dlatego, że ostatnie miesiące nauczyły mnie patrzeć na życie trochę inaczej.
Wracam myślami do października ubiegłego roku. Otworzyłam wtedy Pismo Święte i trafiłam na słowa:
„Zakładajcie ogrody i jedzcie ich owoce.”
W tamtym czasie czekały na mnie sadzonki truskawek, które dostaliśmy od rodziców, a ja sama stałam przed pewną ważną decyzją. Nie wiedziałam jeszcze, jak potoczą się kolejne miesiące, ale to zdanie zostało ze mną na długo.
Truskawki miały za chwilę trafić do ziemi. Tak przynajmniej planowałam. Dni jednak mijały, a one nadal czekały. Patrzyłam na nie czasem z wyrzutem sumienia, obiecując sobie, że zajmę się nimi jutro. Potem przyszedł listopad i choroba. A później kolejne tygodnie i miesiące, które bardziej uczyły mnie odpoczynku niż działania.
Truskawki przezimowały.
Doczekały wiosny.
I w końcu doczekały się swojego miejsca w skrzyniach.
Co więcej, to właśnie one stały się początkiem całego zamieszania. Gdyby nie te kilka sadzonek, pewnie nie powstałby nasz mały ogródek.
Przy pomocy Męża z Leosiem założyliśmy dwie podniesione grządki, posadziliśmy kwiaty, kilka krzewów owocowych i stworzyliśmy swój mały owocowy zakątek. Pojawiły się ścieżki wysypane korą, kolejne sadzonki i coraz więcej miejsc, przy których chciało się przystanąć choćby na chwilę.
Wraz z wiosną zaczęły wracać siły.
Piekarnik częściej wypiekał słodkości. 
W naszym domu zamieszkało 5 pisklaków, które Leoś dostał od Cioci.
Znów zaczęły cieszyć mnie zwyczajne rzeczy. Poranna herbata wypita bez pośpiechu. Wieszanie prania na sznurku i ten niepowtarzalny zapach pościeli wysuszonej przez słońce i wiatr. Codzienny obchód ogródka. Sprawdzanie, co wyrosło, co zakwitło, a co tym razem pożarły ślimaki.
Były spacery.
Lody po przedszkolu.
Przejażdżki rowerowe.
Wyjście do kina.
Bukiety kwiatów przynoszone do domu.
Drożdżowe bułeczki z kruszonką, truskawkami i zeszłorocznymi jagodami wyjętymi z zamrażarki.
Lektura książki „Dlaczego kobiety zakładają ogrody”  słuchanej w drodze do ogrodniczego. 
Poranna rosa błyszcząca na liściach.
Nowa sadzonka, która właśnie znalazła swoje miejsce w ziemi.
Nic wielkiego.
Po prostu dobre momenty, takie, które łatwo przeoczyć, kiedy człowiek ciągle gdzieś biegnie, ciągle myśli coś jest do zrobienia.
A ja coraz częściej czułam, że mam więcej sił. W głowie pojawiały się kolejne pomysły i plany. Myślałam o tej nowej tapecie, która od kilku miesięcy czeka w pudełku, aby ozdobić kuchnię, o nowych roślinach, o dalszych pracach w ogrodzie, o wszystkim tym, co przez długi czas musiało poczekać.
Ponad tydzień temu pojechałam po nową sadzonkę.
Miała to być biała róża pnąca.
Zamiast z białą różą, wróciłam z białym gipsem na nodze.
Przyznam, że było mi żal. Nie tyle samego złamanego palca, ile tego, że właśnie wtedy, gdy poczułam się lepiej i zaczęłam odzyskiwać energię, wszystko nagle się zatrzymało.
Przyszedł czas siedzenia w domu.
Leżenia.
Spania.
Drzemek w ciągu dnia.
I oglądania telewizji, czego nie robiłam od bardzo dawna.
Patrzę teraz przez okno na ogród i coraz częściej myślę o tych truskawkach.
One też musiały poczekać.
Przeżyły jesień.
Przeżyły zimę.
Doczekały swojej wiosny.
Nie wszystko dzieje się wtedy, kiedy tego chcemy. Nie wszystko rośnie w naszym tempie. Nie wszystko można przyspieszyć.
Czasem trzeba pozwolić, by coś spokojnie dojrzewało.
Marzenie.
Plan.
Zdrowie.
Siły.
A czasem także my sami.
Lato już za chwilę.
Truskawki dojrzewają.
Kwiaty rozkwitają.
Ogród rośnie.
A ja uczę się przyjmować ten czas takim, jaki jest.
Z wdzięcznością za kubek herbaty.
Za pachnące pranie zdjęte ze sznurka.
Za śmiech dziecka wracającego z przedszkola.
Za rozmowy przy stole.
Za bukiet kwiatów w wazonie.
Za książkę czytaną w cieniu.
Za to, że najstarszy syn ma prawo jazdy i może mnie zawieźć do lekarza.
Za to, że młodszy zrobi pyszne spagetti na obiad. 
Za to, że najmłodszy rozładuje zmywarkę i posmyra po plecach.
Za świeżo skoszoną trawę przez męża. 
Za telefon od sąsiadki, czy nie przynieść mi chleba z piekarni. 
Za jajka prosto od kury, które przyniosła koleżanka ze wspólnoty.
Za wszystkie te małe chwile, które składają się na dobre życie.
Bo coraz częściej na nowo odkrywam, że szczęście mieszka w codzienności.
W rzeczach prostych.
W rzeczach zwyczajnych.
W rzeczach, które często wydają się zbyt małe, by o nich opowiadać.
A przecież to właśnie z nich utkane są nasze dni.
















































A wszystko zaczęło się od wiaderka i dwóch kartonów truskawek, dwóch skrzynek i trzech maków kupionych podczas wiosennego powrotu pociągiem z kontrolnej wizyty w szpitalu.



A jak mijają Wasze wiosenne dni?

Co w ostatnim czasie sprawiło Wam radość? Na co czekacie i co dojrzewa powoli w Waszym życiu, tak jak moje truskawki czekały na swoją wiosnę?

Serdecznie Was pozdrawiam z mojego Domowego Zakątka.

Iza

Komentarze

Popularne posty